31 sierpnia 2011
Panna Chan na rozdrożu
I znowu sprawdzają się moje przypuszczenia. A ja czuję się bardziej odpowiedzialna od nas razem wziętych. I boję się, bo nie chcę stracić tego, co mam.
Praktycznie wszystko spakowane. Jeszcze tylko kosmetyki, torebki, świeczki, ramki ze zdjęciami i takie tam pierdółki. Trzeba posprzątać. Przygotować komputer, żeby zabrać go w przyszłym tygodniu. Niebo wygląda jakby było namalowane. Zachodzące słońce odbija się w oknach sąsiedniego bloku i wpada do pokoju.
Smutno jest mi zostawiac miejsce, w którym spędziłam całe swoje życie. Rozbite kolana, jazda na rowerze, sanki, soacery, pobliska szkoła. Wszystkie łzy szczęścia i radości.
Muszę zamknąć drzwi od swojego pokoju - miejsca w którym jest mi najlepiej.
Piątek mógłby już nadejść. Wsiadłabym do pociągu.
Tak, pociągu. Zataszczyć rzeczy. I mimo że Panny Chan zrobiło się 15 kg mniej, to nie straciła ona siły.
Wsiądę do pociągu, pojadę te kilkadziesiąt km stąd. Otworzę drzwi mieszkania w starej kamienicy i położe torby.
Dawno nie było mi tak smutno. A Sąsiad, któremu chciałbym się teraz wypłakać jest gdzieś pod wschodnią granicą.
Strach zawsze potęguje emocje. Ale teraz zagościł u mnie ze smutkiem. I już nawet pająk pod umywalką staje się przyjacielem, którego nie zabiję (jeszcze przez chwilę). Rozum z sercem siedzą nad skrzynką wódki i próbują znaleźć rozwiązanie. A ja wiem, że na chwilę obecną go nie ma.
Zabijam neurony łupaniną z radia, zajmuję serce zdjęciami z dzieciństwa.
Wiem, że sobie poradzę. Ale to że poradzę sobie sama nie wpłynie na nas korzystnie. Chwilami chcę wziąć do plecaka tylko kilka rzeczy, ulubiony kubek i sweterek i pojechać. Zdecydowanie jeszcze dalej niż mój najbliższy cel.
Wiem. To byłby koniec. Koniec, którego nie chcę, a który wkrada się niepostrzeżenie.
Nie wiem, co powinnam zrobić. Może niech mnie ktoś oświeci, co ja robię źle, że moje zarzuty są niesłuszne....
Ktoś mówi, że stołeczne powietrze sprawiło, że wróciłam zmieniona i nadęta. Tak, ze stolicy powinno się wracać nadętym. Ale trudno wracać z uśmiechem do miasta pełnego skapucniałych ludzi. Gdzie poraz kolejny za ambicje dostaje się po dupie.
Cóż zrobić.... Nie chcę tylko być jak żaba na klembowskiej drodze. Rozjechana przez samochód. Narazie mam przetrąconą jedną nogę. Może uda mi się przeskoczyć na drugą stronę o trzech łapkach. Bo pomóc chce mi zaledwie przyjezdny, który widzi mnie 1. raz.
Będąc tam zobaczyłam oczyma wyobraźni swoje dawne marzenia. Marzenia, które od roku były tłem. Znowu jestem dziewczynką, która dostaje swoją szansę na ich spełnienie, a nawet Ty tego nie rozumiesz.
,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l - kot też zechciał napisać coś :)
"On wie, że musi się o mnie cały czas starać, bo jak nie będę tego czuła, to pójdę tam, gdzie ktoś inny będzie się starał."
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Bycie w związku to przede wszystkim partnerstwo i sztuka kompromisu. Cokolwiek robicie, róbcie to w poczuciu głębokiej akceptacji.
OdpowiedzUsuńPoza tym nie pozwól, by emocje wzięły w Was górę bo wtedy padnie wiele nieprzemyślanych słów. Jedne puścicie mimo uszu, za to inne trafią prosto w serce.
Nie wiem, czy w ten sposób oświecę, ale może uda mi się jakoś pomóc.
Każda zmiana przynosi ze sobą pewne obawy, a tym bardziej już zmiana miejsca zamieszkania. W pewnym momencie decydujesz się zmienić całe swoje otoczenie - pokój, blok, osiedle, znajomi, miasto, a przecież z tym wiąże się i wiele wspomień. Czasem trzeba coś zmienić w swoim życiu żeby pujść o kroczek do przodu. Zamknąć pewien rozdział życia i rozpocząć nowy - może nawet lepszy.
OdpowiedzUsuńWiem jak każda zmiana jest ważna, a zwłaszcza ta duża. Pamiętam jak osiem (!) lat temu przyszło mi stawać przed podobnymi problemami - nowe, duże miasto, nowi ludzie, tylko jedna osoba znajoma... Było pełno obaw, niepokojów. Podobnie jak trochę ponad rok temu: inne miasto, niby dużo znajomych ale porozrzucanych wszędzie. Siedem lat wspomnień - tych dobrych i złych, znajomych, przyjaciół, miesca, pozostawiłem za sobą. Ciężko mi było jak cholera, bo przecież to były najlepsze moje lata... Ale dążyłem za marzeniami i marzenia się powoli zaczęły spełniać. Teraz nowym domem od ponad roku jest Wrocław. I choć brakuje mi czasem tamtych dni spędzonych w l-cy, tego że mogłem gdzieś pójść i spotkać znajomych, staram sobie tu na miejscu poukładać na nowo nieco roztrzaskane życie.
Na koniec mogę dodać: Będzie dobrze. Będzie bo być musi ;)