31 sierpnia 2011
Panna Chan na rozdrożu
I znowu sprawdzają się moje przypuszczenia. A ja czuję się bardziej odpowiedzialna od nas razem wziętych. I boję się, bo nie chcę stracić tego, co mam.
Praktycznie wszystko spakowane. Jeszcze tylko kosmetyki, torebki, świeczki, ramki ze zdjęciami i takie tam pierdółki. Trzeba posprzątać. Przygotować komputer, żeby zabrać go w przyszłym tygodniu. Niebo wygląda jakby było namalowane. Zachodzące słońce odbija się w oknach sąsiedniego bloku i wpada do pokoju.
Smutno jest mi zostawiac miejsce, w którym spędziłam całe swoje życie. Rozbite kolana, jazda na rowerze, sanki, soacery, pobliska szkoła. Wszystkie łzy szczęścia i radości.
Muszę zamknąć drzwi od swojego pokoju - miejsca w którym jest mi najlepiej.
Piątek mógłby już nadejść. Wsiadłabym do pociągu.
Tak, pociągu. Zataszczyć rzeczy. I mimo że Panny Chan zrobiło się 15 kg mniej, to nie straciła ona siły.
Wsiądę do pociągu, pojadę te kilkadziesiąt km stąd. Otworzę drzwi mieszkania w starej kamienicy i położe torby.
Dawno nie było mi tak smutno. A Sąsiad, któremu chciałbym się teraz wypłakać jest gdzieś pod wschodnią granicą.
Strach zawsze potęguje emocje. Ale teraz zagościł u mnie ze smutkiem. I już nawet pająk pod umywalką staje się przyjacielem, którego nie zabiję (jeszcze przez chwilę). Rozum z sercem siedzą nad skrzynką wódki i próbują znaleźć rozwiązanie. A ja wiem, że na chwilę obecną go nie ma.
Zabijam neurony łupaniną z radia, zajmuję serce zdjęciami z dzieciństwa.
Wiem, że sobie poradzę. Ale to że poradzę sobie sama nie wpłynie na nas korzystnie. Chwilami chcę wziąć do plecaka tylko kilka rzeczy, ulubiony kubek i sweterek i pojechać. Zdecydowanie jeszcze dalej niż mój najbliższy cel.
Wiem. To byłby koniec. Koniec, którego nie chcę, a który wkrada się niepostrzeżenie.
Nie wiem, co powinnam zrobić. Może niech mnie ktoś oświeci, co ja robię źle, że moje zarzuty są niesłuszne....
Ktoś mówi, że stołeczne powietrze sprawiło, że wróciłam zmieniona i nadęta. Tak, ze stolicy powinno się wracać nadętym. Ale trudno wracać z uśmiechem do miasta pełnego skapucniałych ludzi. Gdzie poraz kolejny za ambicje dostaje się po dupie.
Cóż zrobić.... Nie chcę tylko być jak żaba na klembowskiej drodze. Rozjechana przez samochód. Narazie mam przetrąconą jedną nogę. Może uda mi się przeskoczyć na drugą stronę o trzech łapkach. Bo pomóc chce mi zaledwie przyjezdny, który widzi mnie 1. raz.
Będąc tam zobaczyłam oczyma wyobraźni swoje dawne marzenia. Marzenia, które od roku były tłem. Znowu jestem dziewczynką, która dostaje swoją szansę na ich spełnienie, a nawet Ty tego nie rozumiesz.
,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l,l - kot też zechciał napisać coś :)
"On wie, że musi się o mnie cały czas starać, bo jak nie będę tego czuła, to pójdę tam, gdzie ktoś inny będzie się starał."
23 sierpnia 2011
Panna Chan i podróż tam
DD - czyli z domu na dworzec
Praktycznie każdy poranek przed wyjazdem wygląda tak samo. Na ostatnią chwilę dorzucam do plecaka rzeczy, zapominam czegoś wziąć, nie mam gdzie upchnąć kluczy od domu, wszystko mnie drażni, ogólnie jeden wielki chaos. Dodatkowo gitara na plecy, idziemy na kawę. Dwanaście klatek dalej czeka nas starcie z Godzillą. Ok. Lepiej spasować, siąść na ławce.
Pod dworcem ktoś nas zaczepia. Jest 10 rano. Żul się wygrzewa na ławce. Tak, częstujemy fajką, jesteśmy pozytywnie nastawieni do ludzi.
Peron. Zbierają mi się łzy. Wsiąść, wsiąść, nie płakać! Malowałaś się !
Szynobus. Wymiana smsów. Moje wnętrze powoli sie uspokaja. Będzie dobrze.
LW - czyli z Legnicy do Wrocławia
Byle nie zwariować. Słuchając muzyki, jadąc przed siebie czuję, jak się uwalniam. Im dalej tym czuję się lżejsza. A przecież to zaledwie kilkadziesiąt kilometrów. Zakochani przede mną czule się obejmują. A ja za Tobą już tęsknię... Wjeżdżamy na dworzec. Już wiem, jak się stąd wydostać. Na tablicy nie ma jeszcze nic o moim pociągu. Jestem tu sama. Tłumy przechodzą obok. Nikt nie zwraca na mnie uwagi. Bo i po co? Jestem kolejnym zwykłym podróżnym, w sportowych butach, obdartych szortach, z wypchanym plecakiem.
Na 15 minut przed odjazdem pojawia się na tablicy numer peronu. Nie ogarniam tego, że wszyscy w tym momencie rzucają się do biegu. Przecież nie będę gorsza! Wyprzedzam wielkie bagaże, dziękując samej sobie, że nie spakowałam połowy szafy ze sobą.
Jest, pociąg wjeżdża. Wsiadam, znajduję wolny przedział. Zajmuję ulubione przeze mnie miejsce - siadam przy oknie. Wyciągam, wodę, książkę, telefon. Wszystko jest na swoim miejscu. Dosiadają się ludzie, większość upewnia się, że trafiła do odpowiedniego pociągu. Do kompletu brakuje jednej osoby. Okazuje się, że okno jest nieotwieralne. Pomrzemy w tym upale!
Mając w głowie obrazy z "Wielkiego bazaru kolejowego" obserwuję ludzi.
TLK - czyli tragiczne linie kolejowe
Naprzeciwko tęższa kobieta. Chyba dość młoda. Łypie na mnie co chwilę swoimi malutkimi oczkami. Myślałam że za chwilę coś mi zrobi. Przez całą podróż miałam takie wrażenie. A szczególnie wtedy, gdy wyciągałam coś do jedzenia... No cóż, jeśli od początku ma się pewien umiar to można wcinać batoniki i ciasteczka i nie martwić się, że zaraz potrzeba będzie kupować podwójny bilet.
Po lekkim skosie kolejna dziwna istota. Tym razem płeć męska. Żółty jak kanarek. W dłoniach ma gazetę. "Niezbędnik inteligenta". Tylko jak się odezwie to ten inteligent jakiś taki skromny jest i ustępuje miejsca burakowi....
Po przekątnej wylansowane coś płci męskiej. Nic szczególnego. To moja wina, że mam takie głupie pomysły jak widzę kiedy ludzie tak dziwnie śpią . Atrybut to tylko pogrzebowe wydanie Angory.
Po mojej stronie, pierwsza od drzwi farbowana brunetka. Jasne ubranka, obcasy, tipsy, złoto, srebro, platyna, rad i polon. Obiekt toksyczny. W dłoniach J.L.Wiśniewski. To ja wrócę do mojego reportażu z Rwandy.
Obok gadżet. Tablet, ajfon, zegarek. Nie ogarniam. Chociaż film bym obejrzała, gdyby nie to że obok siedzi blondynka w średnim wieku. Siedzi i patrzy przed siebie.
Też tak masz, że jak wpatrujesz się w szynę jadąc pociągiem to masz wrażenie, że biegnie ona równolegle z Tobą? Że też jest w ruchu względem drzew, ale ma tę samą prędkość co pociąg?
Mijamy stacje, raz czytam, raz przysypiam, raz patrzę na tych wszystkich ludzi. Wymieniam myśli z Tobą. Roztrząsam jakieś problemy. Wszystko po cichu, nikt o niczym nie wiem.
W Częstochowie stajemy. 70 minut opóźnienia. No to pięknie. Dzwoni telefon. Do oczu napływają łzy. Niech ten pociąg rusza, chcę być jak najdalej! Gdzieś w którymś momencie ktoś mnie zagaduje.
Przez chwilę nie ogarniam o co chodzi. No ale ok. Zamienić się muzyką? Spoko... W sumie to też chętnie posłucham czegoś innego.
Daję Gadżetowi wysłużoną nokię, która robi za mobilny odtwarzacz muzyki. Podłączam słuchawki do ajfona. Patrzę i mało nie wybucham śmiechem. Ok połowy zasobów muzycznych jest taka sama. Głupio byłoby wybuchnąć głośnym śmiechem. Gdy Tęga wraca do przedziału swoim przenikliwym wzrokiem bada zamianę telefonami. Już mi się humor zaczął poprawiać.
Do tego kolejny fakt, wynikający w sumie z tego, że mężczyźni są przewidywalni. Tak, przeszło mi przez myśl, że Gadżet będzie próbował puścić sobie cynka, żeby mieć mój numer, sęk w tym że karta w telefonie ma zablokowane połączenia wychodzące. Nie śmiej się dziewczyno! Nie śmiej! Nie hejtuj całego świata !!
Wysiadam na dworcu zachodnim. Przepisuję numer. Podziękuję. Bo mogłam posłuchać tego, co zapomniałam zgrać. Dobra, nie muszę pisać. Ludzie mają dziwną tendencję do zjawiania się tuż obok.
Już jestem. Po wyjściu z labiryntu dworcowego wsiadamy do auta. Jedziemy, jedziemy...
Praktycznie każdy poranek przed wyjazdem wygląda tak samo. Na ostatnią chwilę dorzucam do plecaka rzeczy, zapominam czegoś wziąć, nie mam gdzie upchnąć kluczy od domu, wszystko mnie drażni, ogólnie jeden wielki chaos. Dodatkowo gitara na plecy, idziemy na kawę. Dwanaście klatek dalej czeka nas starcie z Godzillą. Ok. Lepiej spasować, siąść na ławce.
Pod dworcem ktoś nas zaczepia. Jest 10 rano. Żul się wygrzewa na ławce. Tak, częstujemy fajką, jesteśmy pozytywnie nastawieni do ludzi.
Peron. Zbierają mi się łzy. Wsiąść, wsiąść, nie płakać! Malowałaś się !
Szynobus. Wymiana smsów. Moje wnętrze powoli sie uspokaja. Będzie dobrze.
LW - czyli z Legnicy do Wrocławia
Byle nie zwariować. Słuchając muzyki, jadąc przed siebie czuję, jak się uwalniam. Im dalej tym czuję się lżejsza. A przecież to zaledwie kilkadziesiąt kilometrów. Zakochani przede mną czule się obejmują. A ja za Tobą już tęsknię... Wjeżdżamy na dworzec. Już wiem, jak się stąd wydostać. Na tablicy nie ma jeszcze nic o moim pociągu. Jestem tu sama. Tłumy przechodzą obok. Nikt nie zwraca na mnie uwagi. Bo i po co? Jestem kolejnym zwykłym podróżnym, w sportowych butach, obdartych szortach, z wypchanym plecakiem.
Na 15 minut przed odjazdem pojawia się na tablicy numer peronu. Nie ogarniam tego, że wszyscy w tym momencie rzucają się do biegu. Przecież nie będę gorsza! Wyprzedzam wielkie bagaże, dziękując samej sobie, że nie spakowałam połowy szafy ze sobą.
Jest, pociąg wjeżdża. Wsiadam, znajduję wolny przedział. Zajmuję ulubione przeze mnie miejsce - siadam przy oknie. Wyciągam, wodę, książkę, telefon. Wszystko jest na swoim miejscu. Dosiadają się ludzie, większość upewnia się, że trafiła do odpowiedniego pociągu. Do kompletu brakuje jednej osoby. Okazuje się, że okno jest nieotwieralne. Pomrzemy w tym upale!
Mając w głowie obrazy z "Wielkiego bazaru kolejowego" obserwuję ludzi.
TLK - czyli tragiczne linie kolejowe
Naprzeciwko tęższa kobieta. Chyba dość młoda. Łypie na mnie co chwilę swoimi malutkimi oczkami. Myślałam że za chwilę coś mi zrobi. Przez całą podróż miałam takie wrażenie. A szczególnie wtedy, gdy wyciągałam coś do jedzenia... No cóż, jeśli od początku ma się pewien umiar to można wcinać batoniki i ciasteczka i nie martwić się, że zaraz potrzeba będzie kupować podwójny bilet.
Po lekkim skosie kolejna dziwna istota. Tym razem płeć męska. Żółty jak kanarek. W dłoniach ma gazetę. "Niezbędnik inteligenta". Tylko jak się odezwie to ten inteligent jakiś taki skromny jest i ustępuje miejsca burakowi....
Po przekątnej wylansowane coś płci męskiej. Nic szczególnego. To moja wina, że mam takie głupie pomysły jak widzę kiedy ludzie tak dziwnie śpią . Atrybut to tylko pogrzebowe wydanie Angory.
Po mojej stronie, pierwsza od drzwi farbowana brunetka. Jasne ubranka, obcasy, tipsy, złoto, srebro, platyna, rad i polon. Obiekt toksyczny. W dłoniach J.L.Wiśniewski. To ja wrócę do mojego reportażu z Rwandy.
Obok gadżet. Tablet, ajfon, zegarek. Nie ogarniam. Chociaż film bym obejrzała, gdyby nie to że obok siedzi blondynka w średnim wieku. Siedzi i patrzy przed siebie.
Też tak masz, że jak wpatrujesz się w szynę jadąc pociągiem to masz wrażenie, że biegnie ona równolegle z Tobą? Że też jest w ruchu względem drzew, ale ma tę samą prędkość co pociąg?
Mijamy stacje, raz czytam, raz przysypiam, raz patrzę na tych wszystkich ludzi. Wymieniam myśli z Tobą. Roztrząsam jakieś problemy. Wszystko po cichu, nikt o niczym nie wiem.
W Częstochowie stajemy. 70 minut opóźnienia. No to pięknie. Dzwoni telefon. Do oczu napływają łzy. Niech ten pociąg rusza, chcę być jak najdalej! Gdzieś w którymś momencie ktoś mnie zagaduje.
Przez chwilę nie ogarniam o co chodzi. No ale ok. Zamienić się muzyką? Spoko... W sumie to też chętnie posłucham czegoś innego.
Daję Gadżetowi wysłużoną nokię, która robi za mobilny odtwarzacz muzyki. Podłączam słuchawki do ajfona. Patrzę i mało nie wybucham śmiechem. Ok połowy zasobów muzycznych jest taka sama. Głupio byłoby wybuchnąć głośnym śmiechem. Gdy Tęga wraca do przedziału swoim przenikliwym wzrokiem bada zamianę telefonami. Już mi się humor zaczął poprawiać.
Do tego kolejny fakt, wynikający w sumie z tego, że mężczyźni są przewidywalni. Tak, przeszło mi przez myśl, że Gadżet będzie próbował puścić sobie cynka, żeby mieć mój numer, sęk w tym że karta w telefonie ma zablokowane połączenia wychodzące. Nie śmiej się dziewczyno! Nie śmiej! Nie hejtuj całego świata !!
Wysiadam na dworcu zachodnim. Przepisuję numer. Podziękuję. Bo mogłam posłuchać tego, co zapomniałam zgrać. Dobra, nie muszę pisać. Ludzie mają dziwną tendencję do zjawiania się tuż obok.
Już jestem. Po wyjściu z labiryntu dworcowego wsiadamy do auta. Jedziemy, jedziemy...
14 sierpnia 2011
Panna Chan i noc spadających gwiazd
W noc spadających gwiazd żadna dla mnie nie przecięła nieba. A może była taka, ale zawiodłam, nie siedziałam wpatrzona w niebo i ją przeoczyłam. Trudno powiedzieć.
Tamtego wieczora długość ulicy była jedną z najdłuższych. Zgaszone latarnie. Obce twarze i dzikie psy. Chodnik wypełniony kałużami, oczy przechodniów grozą. Nie lubię już tej pustki w domu.
Powoli ogarnia mnie strach. Czy dogadamy się wszyscy między sobą? Czy wystarczy nam monet w portfelu? Jakich ludzi spotkam? Każde nowe doświadczenie napawa mnie zarówno strachem jak i ekscytacją. To nic oryginalnego.
Papugi w klatkach mają zdecydowanie za mało miejsca. Skubią ze smutku pióra i krzyczą na ludzi, którzy cieszą się z ich niewoli. W sumie nie lubię takich miejsc. Po co mam oglądać ptaki, czy też inne zwierzęta, kiedy wiem, że są nieszczęśliwe?
Coraz bliżej trudnej rozmowy. Tego też się boję.
Najlepsze pomysły rodzą się, gdy nie można ich zapisać.
Tamtego wieczora długość ulicy była jedną z najdłuższych. Zgaszone latarnie. Obce twarze i dzikie psy. Chodnik wypełniony kałużami, oczy przechodniów grozą. Nie lubię już tej pustki w domu.
Powoli ogarnia mnie strach. Czy dogadamy się wszyscy między sobą? Czy wystarczy nam monet w portfelu? Jakich ludzi spotkam? Każde nowe doświadczenie napawa mnie zarówno strachem jak i ekscytacją. To nic oryginalnego.
Papugi w klatkach mają zdecydowanie za mało miejsca. Skubią ze smutku pióra i krzyczą na ludzi, którzy cieszą się z ich niewoli. W sumie nie lubię takich miejsc. Po co mam oglądać ptaki, czy też inne zwierzęta, kiedy wiem, że są nieszczęśliwe?
Coraz bliżej trudnej rozmowy. Tego też się boję.
Najlepsze pomysły rodzą się, gdy nie można ich zapisać.
10 sierpnia 2011
Panna Chan i względny spokój
Oglądam zdjęcia. Bliżsi i dalsi znajomi chwalą się. Każdy ma swój Woodstock, swoją Częstochowę. My mam dziką linię autobusową, zgryźliwych klientów, zakochanego kundla i obrażoną kotkę. Czas tak strasznie szybko płynie. To dobrze. Jeszcze będzie miał czas, żeby zwolnić.
Kolejny raz wyszłam za wcześnie z domu. Kolejny raz słuchawki zostały nie w tej kieszeni, co powinny. Kolejny raz... Mam za to torbę pełną lakierów, książek i krzyżówek. Zimno. Każdego ranka jest coraz zimniej. Z eteru napływają złe wieści. Nadchodzi ostatni dzień lata. Ostatni ciepły dzień lata. Bardzo szybko chce do nas zawitać jesień, a jeszcze szybciej zima. A ta zapowiada się mroźnie. Kupny owcę! Będzie nas grzała. Ciekawe, czy wyprowadzając ją na spacer potrzebny będzie kaganiec? Obok wszystkiego w głowie zaczyna układać się historia. Zrobimy to.
Miło jest się dowiedzieć, że będziemy po sąsiedzku :)
Zmęczenie wdziera się do pokoju. Trzeba się zregenerować w kilka godzin.
23:23 ktoś mnie kocha :)
Kolejny raz wyszłam za wcześnie z domu. Kolejny raz słuchawki zostały nie w tej kieszeni, co powinny. Kolejny raz... Mam za to torbę pełną lakierów, książek i krzyżówek. Zimno. Każdego ranka jest coraz zimniej. Z eteru napływają złe wieści. Nadchodzi ostatni dzień lata. Ostatni ciepły dzień lata. Bardzo szybko chce do nas zawitać jesień, a jeszcze szybciej zima. A ta zapowiada się mroźnie. Kupny owcę! Będzie nas grzała. Ciekawe, czy wyprowadzając ją na spacer potrzebny będzie kaganiec? Obok wszystkiego w głowie zaczyna układać się historia. Zrobimy to.
Miło jest się dowiedzieć, że będziemy po sąsiedzku :)
Zmęczenie wdziera się do pokoju. Trzeba się zregenerować w kilka godzin.
23:23 ktoś mnie kocha :)
8 sierpnia 2011
Panna Chan i deszcz ze wschodu
Tak mi tu dobrze się tu zrobiło. Kiedy siedzisz obok. W naszych dłoniach aluminiowe puszki, przede mną okno i widok na wschód. Ciemne chmury stamtąd nadciągają. A to dziwne, bo zazwyczaj przychodzą z przeciwnej strony. Tam. Tam na wschodzie. Przy ulicy nazwanej imieniem jednego z walczących o niepodległość, na 1. piętrze (tak jak tu), w starej kamienic, z okien naszego pokoju nie będzie takich widoków. Jedynie szare podwórko, zamurowane okna sąsiedniej oficyny i szczekający pies sąsiadki.
Pytasz się mnie, jak mi się podobał tekst. Nie znam się na poezji. Wiem tylko, że nie chcę, żebyś wychodził.
Ale musisz iść. Ja powinnam kłaść się spać. Minęły godziny. Oznajmiłam plany, a raczej to, co nadejdzie i do czego ja sama muszę się dostosować, a niekiedy Ty też.
Nasza nowa Przyjaciółko, zdecydowanie za szybko wyjeżdżasz! Zostań, przecież nic Cię nie wola, a tu tak wiele trzyma ! Patrz, te czarne chmury chcą Cię przestraszyć. Wiedzą, że boisz się burzy. Są z nami w zmowie, byś została tu jak najdłużej.
Wyszedłeś. Poszedłeś. Wiem dokładnie którędy. Zamiast rozżarzyć się, to zgasła latarnia za moim oknem. Mój czas tutaj się kończy. Muszę walczyć o zapracowane pieniądze. Zbierać argumenty na koniec sierpnia. Szukać sukienki na wesele. Ułożyć plan podróży do stolicy. A w poza tym żyć.
Nie wiem, co zrobić z kotem. Weteranem. Przyjacielem. Staruszkiem. Biedaczyna nie może jeść i błądzi po mieszkaniu. A to, dokąd dochodzi nie zgadza się z zamierzonym celem.
Przyjacielu Futrzasty, powiedz jak Ci pomóc.
Nawet nie wiesz, ile siły dają mi Twoje wiersze i nasze wspólne śniadania. Wiem, że dzięki temu przetrwam i TAM się nie poddam.
Pytasz się mnie, jak mi się podobał tekst. Nie znam się na poezji. Wiem tylko, że nie chcę, żebyś wychodził.
Ale musisz iść. Ja powinnam kłaść się spać. Minęły godziny. Oznajmiłam plany, a raczej to, co nadejdzie i do czego ja sama muszę się dostosować, a niekiedy Ty też.
Nasza nowa Przyjaciółko, zdecydowanie za szybko wyjeżdżasz! Zostań, przecież nic Cię nie wola, a tu tak wiele trzyma ! Patrz, te czarne chmury chcą Cię przestraszyć. Wiedzą, że boisz się burzy. Są z nami w zmowie, byś została tu jak najdłużej.
Wyszedłeś. Poszedłeś. Wiem dokładnie którędy. Zamiast rozżarzyć się, to zgasła latarnia za moim oknem. Mój czas tutaj się kończy. Muszę walczyć o zapracowane pieniądze. Zbierać argumenty na koniec sierpnia. Szukać sukienki na wesele. Ułożyć plan podróży do stolicy. A w poza tym żyć.
Nie wiem, co zrobić z kotem. Weteranem. Przyjacielem. Staruszkiem. Biedaczyna nie może jeść i błądzi po mieszkaniu. A to, dokąd dochodzi nie zgadza się z zamierzonym celem.
Przyjacielu Futrzasty, powiedz jak Ci pomóc.
Nawet nie wiesz, ile siły dają mi Twoje wiersze i nasze wspólne śniadania. Wiem, że dzięki temu przetrwam i TAM się nie poddam.
5 sierpnia 2011
Panna Chan i (nie)przymusowy odpoczynek
Siadam na balkonie, w cieniu, ale tak, żeby móc wygrzewać stopy na parapecie. Jaka tu cisza, jaki spokój. Gdzieś z daleka słychać delikatny szum samochodów, ale i tak owady go co chwilę zagłuszają,
Żuczek ląduje na plecach, pomagam mu stanąć na nogach.
Spokój, odpoczynek, lato. Nie, te słowa w tym roku są mi niestety obce. Mam jeden dzień na regenerację. Organizmie nie słabnij ! Jak widać, trzeba jeść, żeby funkcjonować.
Chciałabym przewinąć czas. Przeskoczyć sierpień. Albo chociaż móc pójść na beztroską łąkę, odciąć się od problemów i trzymać się za ręce.
Nie jestem dla Ciebie przewidywalna. Ty wiesz wszystko. Wszystko! Jak nikt inny .
Żuczek ląduje na plecach, pomagam mu stanąć na nogach.
Spokój, odpoczynek, lato. Nie, te słowa w tym roku są mi niestety obce. Mam jeden dzień na regenerację. Organizmie nie słabnij ! Jak widać, trzeba jeść, żeby funkcjonować.
Chciałabym przewinąć czas. Przeskoczyć sierpień. Albo chociaż móc pójść na beztroską łąkę, odciąć się od problemów i trzymać się za ręce.
Nie jestem dla Ciebie przewidywalna. Ty wiesz wszystko. Wszystko! Jak nikt inny .
2 sierpnia 2011
Panna Chan na głodzie
Mój głód dotyczy wszystkiego. Jedzenia, wolnego czasu, przestrzeni, słońca, seksu. Po prostu czas zaczął pędzić a ja po omacku obijam się o ściany ciasnego pomieszczenia w jakim teraz jestem.
Mam okno, a za nim przepiękny widok i daleki horyzont. To jest na wyciągnięcie ręki. Przeszkodą jest okno. Na szczęście już otwarte. Teraz tylko wgramolić się na parapet i wyjść.
Wszystkie ostatnie soboty zaczynały się tak samo. Ciężkie chmury nad ziemią. Lada moment spadnie deszcz. I tylko jedno pytanie "zmoknę, czy nie?' . Kolejny weekend nie pozwolił nam nacieszyć się sobą. Boję się tego panicznie. Że w tej całej gonitwie nasze dłonie rozluźnią uchwyt i każde z nas pobiegnie samo. Bez Ciebie każdy mały kamyczek staje się głazem, a każde drobne potknięcie kończy upadkiem.
Patrzyłam dziś z balkonu jak się oddalasz, znikasz za drzewem i rogiem sąsiedniego bloku, jak idziesz przed siebie bez oglądania się do tyłu....
Mam nieodparte wrażenie, że to wszystko przeze mnie. Że to ja jestem wszystkiemu winna.
Przepraszam .
A teraz zasnąć, muzyką zagłuszyć walca z trzewi, przespać głód.
Mam okno, a za nim przepiękny widok i daleki horyzont. To jest na wyciągnięcie ręki. Przeszkodą jest okno. Na szczęście już otwarte. Teraz tylko wgramolić się na parapet i wyjść.
Wszystkie ostatnie soboty zaczynały się tak samo. Ciężkie chmury nad ziemią. Lada moment spadnie deszcz. I tylko jedno pytanie "zmoknę, czy nie?' . Kolejny weekend nie pozwolił nam nacieszyć się sobą. Boję się tego panicznie. Że w tej całej gonitwie nasze dłonie rozluźnią uchwyt i każde z nas pobiegnie samo. Bez Ciebie każdy mały kamyczek staje się głazem, a każde drobne potknięcie kończy upadkiem.
Patrzyłam dziś z balkonu jak się oddalasz, znikasz za drzewem i rogiem sąsiedniego bloku, jak idziesz przed siebie bez oglądania się do tyłu....
Mam nieodparte wrażenie, że to wszystko przeze mnie. Że to ja jestem wszystkiemu winna.
Przepraszam .
A teraz zasnąć, muzyką zagłuszyć walca z trzewi, przespać głód.
Subskrybuj:
Posty (Atom)