31 października 2011

Panna Chan z gulaszem

Ostatnimi czasy kolejny raz włącza mi się agresor na różnego rodzaju istoty względnie ludzkie, na pewne zjawiska, tendencje czy też decyzje.

Tym samym kryterium normalności rośnie diametralnie i już mało kto potrafi dostrzec poprzeczkę.
Zamiast zajmować się czymś pożytecznym, siedzę, obserwuję i się zastanawiam.
Nad wariatami, literatami, matematykami czy też kotami.

Ci pierwsi to moda, jakaś taka tendencja wśród dzieci, którym świat przesłoniły pieniążki rodziców. Chcą się zbuntować, być inni. W sumie to nie wiadomo, czego chcą. Tracą po drodze kontakt z normalnym światem i zamiast ruszyć rosnący tyłek i wyjść do ludzi, to siedzą i biegną, niczym sprinterzy we własną zgubę. Bez sensu!
Wariaty na odstrzał.

Ci drudzy bywają w porządku. Są tacy z którymi można normalnie porozmawiać i na tym wystarczy.
Bardziej bezsensownym staje się fakt, że konkursy poetyckie są jak 'tap madl' - bez wzruszającej historii nie wygrasz.

Ci trzeci. Ci trzeci zdają się być nieraz bardziej humanistami, aniżeli ścisłowcami. Takie moje małe odczucie.

Najfajniejsze są koty. Koty i Ty.Do kotów i do Ciebie nie mam zarzutów. A reszta niech się schowa daleko, hen hen daleko.

Oni nie mają kota w skarpecie, mokrej bielizny na oknach i popiołu na spodniach.
Oni muszą płacić za ogrzewanie, szukać szczęścia między sklepowymi półkami i kochać karty kredytowe.

Można być szczęśliwym przez przypadek, można.

Gdybyś był gulaszem, jadłabym Cię stopniowo, po jednym kawałeczku każdego dnia. Tak, aby móc poczuć Twój smak codziennie. Martwi mnie tylko, czy nie odebrałbyś tego jako skrajne tortury i barbarzyństwo? Tak, mieć takiego gulaszu na każdy dzień. Nawet z kotem bym się podzieliła.
Wyhodowałabym miętę na okiennym ogródku a po kolendrę i kardamon pojechała na koniec świata, żeby tylko zadowolić gulasz pełnią przypraw. 



Stałam się aspołeczna.

22 października 2011

Panna Chan i jesienne wspomnienia

Jesień już na dobre zawitała do miasta. A takich słonecznych dni, jak ten powinno być znacznie więcej.
Mam wrażenie, że wraz ze spadającymi liśćmi tracę zapał. Ale trzeba walczyć. Nie dać się.
Równocześnie z każdym żółtym liściem przychodzą wspomnienia ubiegłej jesieni.
Spacery z Przyjacielem. Rozmowy. Łzy. Wątpliwości. Niepewność. Różniaste party. Nasze rozmowy.
Wracają tamte odczucia i wrażenia i co do niektórych nie uległy zmianie, ba, spotęgowały się. Nie bez powodu.

Kobieca intuicja po raz kolejny mnie nie zawiodła, ani co do Ciebie, ani co do pozostały. I'm gonna fight !



2 października 2011

Panna Chan i ludzie

Kalendarz dalej wskazuje wrzesień, mimo że drzewa za oknem są coraz skąpiej ubrane. Pory roku zamieniły się rolami i teraz to jesień jest tym okresem, w którym można wygrzać kości.
Zaczęły się studia, zaczęły się walki z zatokami.
Pierwsze zajęcia, pierwsze przeziębienia.
Minął miesiąc odkąd tu jestem. To takie dziwne uczucie. Patrzę na te wszystkie moje rzeczy i myślę "tego jest tyle, jak ja się spakuje i zawiozę to tak daleko?".
A przecież nigdzie się nie wybieram. Cały czas czuję, że jestem tu tylko na chwilę.
To miasto jest dla mnie obojętne, tak jak ja dla niego.
Obojętne i za małe. Nasuwa się pytanie, czego tak na prawdę chcę? Herbaty !


I takie dziwne jest to, że miast jest tak dużo. A w każdym mieszkają ludzie. Dużo ludzi.
Nikt nie jest w stanie poznać ich wszystkich. Nawet nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie ich wszystkich.
I oni też żyją i pracują, a niekiedy jedna cieniutka linia na mapie sprawie, że mówią zupełnie innym językiem.

Tylko z niewielkim odsetkiem społeczeństwa spotykamy się a autobusach, tramwajach, pociągach, na skrzyżowaniach dróg. Ponoć każdą twarz spotyka się zawsze drugi raz.
Chciałabym wiedzieć kto pociąga z sznurki w tym świecie. Co sprawia, że poznajemy tych a nie innych ludzi?
Ciężko mi uwierzyć w przypadek.
Tyle zaczętych historii.

Chciałabym żyć w innym świecie, ale nie bez Ciebie.