8 maja 2011

Panna Chan i analiza ((nie)matematyczna)

Powietrze w mieście jest cieplejsze niż na przedmieściach. Muzyka spokojnie rozbrzmiewa w słuchawkach, nadając nogom równie spokojnego tempa. Nocą nie ma samochodów, ludzie śpią. Torba ciąży na ramieniu; toczy się w niej wojna literatury z kalkulatorem.
Nie dociera to wszystko do mnie. Przez dotychczasowe wydarzenia przywykłam, że ludzie zwani przyjaciółmi przychodzą i odchodzą. Po niektórych można się tego spodziewać. Przez myśl przechodzi mi pytanie "ilu ludzi ja zawiodłam?".
Zapewne się tacy znajdą, nikt z nas nie jest idealny.
Pewne słowa ranią i będą raniły. Wypowiadane teraz, czy kiedyś. Jednak takie kwestia rozwiązuje się od razu.
Gratuluję wytrwałości w półrocznym udawaniu, że jest pięknie.
Może i niepotrzebnie to ciągnę. Ale z głowy mi wyjść to nie może.

Tęsknie za rowerowymi wypadami do parku i nad rzekę, kłótniami i zaraz potem wyjściem na kawę, za "książkami", za akceptacją spraw tak po prostu, za walącymi się namiotami i za kanapkami w kaplicy ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz