10 maja 2011

Panna Chan wczesnym wieczorem późnej wiosny

Dopiero wyszedłeś. Twój niedopalony papieros jeszcze się tli w popielniczce, a mi już Ciebie brakuje.
W dni, takie jak ten, zawsze dosięgał mnie smutek. Bez powodu. Słońce, które powoli chyli się ku zachodowi, delikatny ciepły powiew wiatru na policzku, kot na kolanach, krzyki dzieciaków z podwórka. A przecież tej  wiosny nie mam powodów do smutku. Jednak melancholia bierze górę.

Nie ma to jak szukać sobie smutków i problemów.

Może dlatego, że gdzieś podświadomie wiem, że piękne kolory znikną i nastanie wietrzna jesień i lodowata zima? Paraliżuje mnie strach. Strach przed tym, że to wszystko się skończy. Widziałam śmierć. Bliskich i dalekich. Za każdym razem ten sam niepokój w środku. Ale nie na tyle, żebym mogła przywyknąć do tego, że wszystko się kończy. Raczej była to dawka, która tylko i wyłącznie niepokoi.

Ciepło późnego popołudnia. Gwieździsta noc. Ich spokój jest pozorny.

Zamknęły się niejedne drzwi za mną. Te zamykane z hukiem pozostawiały echo uderzenia.; zaś te zamykane powoli bardzo nie chciały spotkania z futryną, potrzeba było siły. Teraz widząc twarze mężczyzn i kobiet podobnych do tamtych nie niepokoi się moje serce. Drażnią jedynie umysł, przypominają cierpienie. Za dużo tego było przez te naście lat.

Dlaczego ludzie zatem stygną na zawsze? W czym my i zwierzęta jesteśmy gorsi od roślin?

Boję się. Boję się tego, że jest zbyt kolorowo. Wiosna też jest kolorowa. Spala ją letnie słońce, niszczy jesienny deszcz, mrozi zimowy śnieg. Potem znowu wszystko rozkwita i kolo się zamyka.
  
Proszę, błagam, na teraz i na przyszłość. Bądź. Tul i bądź. A ja postaram się nie zawieść. 

  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz