Chciałam się tu podzielić w pełni subiektywnymi wrażeniami po koncercie. Koncercie, który rzekomo miał wyglądać zupełnie inaczej.
08.11.2011 - koncert 30 Second To Mars. Bilety zostały wyprzedane w ciągu kilkunastu godzin. Nam się udało zdobyć i z niecierpliwością czekaliśmy na ten dzień. W między czasie obejrzeliśmy mnóstwo relacji z koncertów, gdzie to Jared Leto promieniuje energią, jego charyzma jest ponad przeciętna, daje ludziom z siebie tak wiele, że aż od samego oglądania chce się żyć, a co dopiero będąc na takim koncercie.
Ogólnie radość i nastawienie na mega zakwasy i brak głosu przez co najmniej kilka dni po koncercie.
Niestety nasz ukochany Jared postanowił zrobić Polakom prezent w postaci drugiego show dzień wcześniej.
I tu według mnie zostaliśmy jakoś pokrzywdzeni. My, czyli ludzie, którzy kupili bilety na 8 listopada. Obawiałam się, że grając dzień po dniu może nie być w formie . Niestety te obawy się spełniły.
Nie ma się co oszukiwać. Jaredo Leto potraktował nas jak jakieś bydło. Weszli, poskakali, wyszli.
Setlista i w ogóle program koncertu przewidywały wykańczający, zarówno dla zespołu jak i publiki, początek i mega chaotyczną resztę koncertu.
Tak bardzo nagłaśniane LightShow, Theme Night7 itp itd też było jakimś niewypałem. Zaskakujący zazwyczaj wokalista przyszedł ubrany tradycyjne, a odblaskowe taśmy na rękach i nogach się nie odblaskiwały. Tylko ludzie, zapewne najwięksi fani, zrobili z siebie idiotów i paradowali w strojach różowych królików.
Tak, mam prawo wypunktować Jareda. Zbyt długo czekałam na ten koncert i w sumie zbyt wiele kosztował bilet jak na taki "popis".
Brakowało mi kilku starszych hitów, bo większość piosenek zagranych na koncercie brzmiała tak samo i kończyła się na "łooooo".
Wokalista ani jednego kawałka nie zaśpiewał od początku do końca. Ba, robił wymowne przerwy, które miały dać do zrozumienia publice, że to ona ma śpiewać, a kiedy ta brała czynny udział w koncercie to sypały się przekleństwa i złośliwe komentarze. A to nie ta kolejność zwrotek, a to zły akcent Polaków, a to mamy robić to a nie to. MASAKRA!
Do tego nieogarnięty chaos przy, powiedzmy, części akustycznej i teksty powtarzane z poprzedniego dnia.
Aj, zawiodłam się Jared, zawiodłam. Albo wymagałam zbyt wiele. Chociaż jak dla mnie poziom koncertu była zadowalający jedynie "szesnastki", które przyszły z rodzicami. Wszyscy wiemy, jakie są ich wymagania.
A co najbardziej mnie wkurzyło? Pominięcie pozostałych członków zespołu.
Nikt nie został pominięty, a osobiście zakochałam się w ich grze na żywo od pierwszych dźwięków, które usłyszałam.
Nawet nie można było ich podziwiać, czy chociaż widzieć, bo na telebimach pierwszeństwo miały wyniosłe hasła i ujęcia Jareda. Gdyby nie trochę świateł na scenie, gdy wszedł Jared to Tomo byłby niewidzialny.
Zbliżając się do końca - jakbym chciała oglądać teledyski to mam ku temu możliwość w domu i nie muszę płacić niemałych pieniędzy żeby zobaczyć jeden ze słabszych teledysków na telebimie.
Zero bisu. Koniec. Gasimy światła. Dźwiękowcy zwijają sprzęt i nawet nie ma możliwości, żeby "wymusić" bis.
Zawiodłam się Jaredo, bo co z tego że wyszukując ludzi do wzięcia na scenę wskazałeś na mnie palcem i powiedziałeś "and you i black t-shirt with light sticks" skoro nie mogłam dopchać się do barierek.
Żal.
Chyba kogoś przerosło jego własne ego. A koncerty to codzienna praca. Szkoda, bo reszta muzyków rzeczywiście się postarała.
Ponadto organizacja i hala dały dupy. Zero klimatyzacji, ruchu powietrza czegokolwiek.
Teraz zastanawiam się, czy jest sens jeździć na koncerty wyczekiwanych gwiazd, skoro można się tak zawieść ....
Nie zawsze dostajemy to czego oczekujemy. Mimo to warto jeździć na niektóre koncerty - ten klimat (zwłaszcza jak uwali się koło Ciebie pijana młodzież) te wrażenia (jak koło głowy śmignie Ci glan z właścicielem) ten komfort (jak próbujesz oddychać, będąc wciskanym przez ogół w barierki).
OdpowiedzUsuńWażny jest też artysta. Jeśli jest menda to i całe show będzie denne.
Poznasz artystę swego po koncertach jego.
Amen