22 maja 2012

Panna Chan na parapecie


Letni wieczór w maju to piękna rzecz. Siadam na parapecie z kubkiem zimnej już herbaty.
Nie ma tu gwiazd. Na skrawku nieba zagubiła się chmurka, którą przegania samolot lecący dobrze znaną mu trasą.

Nie lubię samolotów, które stąd wylatują.

Przed oczami dalej mam setki cyferek. Studiuję matematykę. Rozwiązuję coraz to trudniejsze zadania. Rozumiem skomplikowane wzory i symbole. Ale nie potrafię logicznie wytłumacz, tego co się dzieje w moim, a w sumie naszym, życiu.

Żadna znana reakcja chemiczna nie jest w stanie tego opisać. Żaden wiersz o miłości nie przewidywał, że coś takiego może się zdarzyć.

Znowu wsiadam do samochodu, muzyka z radia drażni duszę, a moja ręka odruchowo szuka Ciebie na fotelu obok. Siedzę na parkingu i odliczam głębokie oddechy. Teraz już wiem, że są momenty, kiedy lepszym rozwiązaniem jest postój. Po co znowu objeżdżać kilka razy miasto ze łzami w oczach?

Chciałabym, żeby skończył się czas zmartwień i niepotrzebnych problemów.
Poczuć beztroskę, wiatr we włosach i słońce na twarzy. I cieszyć się tym bez myśli o dokumentach, pieniądzach, zaliczeniach, wizycie u lekrza, urzędach.

Gaszę światło, otwieram okna, zapalam świeczki, zamykam drzwi i włączam głośniej muzykę.
Z każdej strony wkrada się smutek, smutek który cieszy - miłość to istny masochizm.

Chciałabym, żeby sny przyjaciół okazały się prorocze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz