10 stycznia 2012

Panna Chan i listopadowy styczeń.

Z niechęcią wychodzę poza obręb podwórka. Deszcz siąpi pod kątem. Dookoła przenikliwe zimno.
Ludzie mierzą mnie z każdej strony. No cóż, nie zawsze jest się w nastroju, żeby się stroić do wyjścia na zakupy do pobliskiej Biedronki.
Nie podoba mi się to a na dodatek na chodniku spoczywają psie gówna. Bo to już nie są po prostu odchody.


Czasem jest już taka faza, że wlasciwie chodzi sie w wrazenie groteskowosci, ze to wszystko jest tak tragiczne, aż śmieszne i że nie może się dziać.
Jednak się dzieje i nie stoję na granicy załamania. Granicę chyba już przekroczyłam. Teraz trzeba się pozbierać.

Idę dalej, między towary. Marzę o ciepłej herbacie, gorącej kąpieli i Twoich ramionach. I w takiej kolejności wszystko się dziś stanie.

Wracam do domu [tak, do domu, którego adresu nawet nie znasz...] i wita mnie Mały Kot, a zaraz za kotem gorące, taneczne hity z radio i zapach wanilii w wysprzątanym pokoju.
Gorące hity. Wracają wspomnienia z letnich nocy. Z przejażdżek i niekoniecznie rozsądnych zachowań.
Niedługo powtórzymy Przyjaciółko! Tylko podbije głupi dokument, zmienię koła i wymienię fotel.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz