15 lipca 2011

Panna Chan w lipcu

Uwielbiam ten stan. Letni wieczór, blednące promienie słońca wbijają się do pokoju. Jutro nie trzeba wstawać o 7. Sen będzie dłuższy o godzinę. Jest dobrze. Jest spokój. Jest skacząca po łazience pralka i kot za oknem. A dym drażni gardła. Nigdzie nam się teraz nie spieszy. I chociaż w domu czekają ziemniaki i niedorobione kluski, to nie mam zamiaru się ruszać. Tu też jest jak w domu. Od wejścia pachnie papryką.

Mówiłam, że mój Mężczyzna jest najlepszym Kucharzem pod i nad słońcem?? Nawet jeśli, to nic nie przeszkadza, żeby się powtórzyć.

A z głośników płynie muzyka, której gatunku nie potrafię określić. Wiem tylko, że już mi się podoba. Mam coś do tańca i do snu. I nie jest to żaden tani dance z eski.

Za kilka dni to wszystko się skończy. Ty pojedziesz gdzieś w ciemny las, będziesz spać w przedszkolu, a obok Ciebie będą leżakować obce dziewczęta. Nie ukrywam, że bardzo mi się to nie podoba.

Ten stan mógłby trwać przez wszystkie pory roku. Poza trzęsącym się biurkiem, gdy przejeżdża dostawczy samochód. Boję się, że jeśli wszystko inne się powiedzie to złośliwość losu zabierze nam to.

Szort mesedż mówi o rozpadzie. Chce mi się nieskromnie wyszeptać "a nie mówiłam?".
 
Kochajcie się. Na wojnie jeszcze nie było tak, żeby któraś ze stron wyszła bez szwanku.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz